Janusz i Anka = niespodzianka

2008-10-26 20:13:00

No i wszystko (prawie) wróciło na swoje tory, choć najwyraźniej w międyzczasie ktoś jednak zwrotnicę przestawił. W październiku skończyła się taryfa ulgowa i wpadliśmy w młyn w firmie po uszy, a ja dodatkowo po 3 tygodniach września w rozjazdach musiałem opanować to co sie nazbierało i nadrobić zalgłości rodzinne. Kryzys światowy jeszcze nas nie dopadł, ale dmuchając na zimne wzięliśmy wszystkie zlcenia, które się dało nie marudząc zbytnio i postanowiliśmy popracować na wszelki wypadek na wyrost, gdyby nadszedł gorszy rok. Anioł Stróż nade mną czuwał i część akcji dawno kupionych spieniężyłem przed spadkami. Nie to żebym był geniuszem rynku, po prostu tak wyszlo.

Janusz mi kolejny raz zaimponował klasą, ale i zdrowym rozsądkiem. Informację o ciąży Anki przyjął podobno spokojnie, choć Anka była zawiedziona, że bez euforii tłumacząc jej, że jakoś dadzą radę w nowej sytuacji, ale nic nie deklarując. Minę jednak miał sfinksa, a ponieważ znam go już kopę lat, to przypatrywałem mu się z zainteresowaniem. Wychodził z pracy jakby spieszył się bóg wie gdzie, Anka patrzyła z posępną miną, bo tylko przelotnie całował ją w czoło i tyle go widzieliśmy. Bomba gruchnęła w tamtym tygodniu. W poniedziałek powiedział, że nie będzie go 3 dni. Dostałem lekkiego wysieku, bo roboty w bród, ale był zdenerwowany najwidoczniej i tylko patrzył na mnie i powtarzał "Zrozum muszę, wsystko Ci potem wytłumaczę". A na koniec "Dbaj o Anke, proszę". Nawet odrobinę mnie przestraszył tą prośbą. Do Anki przez te dni nie dzwonił, sam nie odbierał telefonu. Anka do pracy przychodzi, bo juz nie ma sensacji i ślicznie wygląda więc pracuje, a my ją oszczędzamy.
W czwartek Janusz niespodziewanie przyszedł około 14.00. Był totalnie wymęczony i poszarzały, ale przyniósł największą flaszkę "jasia wędrowniczka" jaką widziałem i zakomunikował, że po pracy ma niespodziankę. Kazał zostawić samochody i  ruszyliśmy za nim w nieznane. W pewny momencie, kazał nam sie zatrzymać, zawiązał Ance oczy apaszką i już wiedziałem co go tak zajmowało. Weszliśmy na klatkę schodową bardzo zadbanej kamienicy, na pierwszym piętrze wyjął pęk kluczy i otworzył drzwi do mieszkania. Pachniało farbą i drewnem. Zdjął Ance apaszkę i powiedział już radośnie, teraz to jest ich kawałek świata. Dalej było dużo łez - Anki i toastów - naszych.
A jednak była jeezcze jedna bomba. Janusz ukląkł przed Anką, podał jej wiecheć kwiatów i kopertę. Anka otworzyła, przeczytała, pobladła i rozpłakała się na dobre. Trochę emocji jej funduje, nie da sie ukryć. Koperta przepustyką do nowego życia - akt rozwodu.
Następnego dnia z łupiącą od "jasia" czaszką poszliśmy na piwo. Już spokojnie Janusz opowiedział o rozmowie z Anką, potem ze swoimi rodzicami, na koniec z żoną. Okazało się, że z powodów jakiś jej interesów, o których nigdy Janusz nie wspominał, biroąc ślub te x lat temu musieli taktycznie zrobić rozdzielność. Teraz Janusz błogosławił tą sytuację. Dwie noce przekonywał ją, że jak się dogadaja to oboje na tym mniej stracą, bo on i tak już z nią nie będzie, a o dzieciaki będzie walczył i tak do końca dni. Chyba argumenty miał, bo nastepnego dnia zlożył pozew i po znajomości po 30 dniach bez ociągania była rozprawa. Okazuje sie, że wszystko może odbyć się za jednym zamachem, przy odrobinie dobrej woli sędziów, no i może lekkim znajomościom.  Na informację o wysokości alimentów jęknąłem. W czasie jego gehenny sądowej, brat załatwił mieszkanie, remont i takie tam duperele. I tak zaczyna wszystko od nowa.

Spotkałem sie z Weroniką.... dwukrotnie. Ale nadal nie potrafię o tym pisać.

skomentuj (10)
Strona główna